Wieczorny wiersz

Czasem u szczytu ulic zachód żółtym blaskiem Mury niebios rozwala na złomy płomienne. Wtedy listopadowe wieczory warszawskie Wieją wiosną i płyną, młodością wiosenne. Ile łez we mnie było i ile miłości, Ile westchnień i szczęścia w majowej ulewie, I moich słów dla ciebie, i wielkiej czułości: Wszystko z nieba powraca w dawnym, ciepłym wiewie. I znowu idę lekki i nocą wezbrany, Jakbym niósł liść wilgotny na sercu otwartem, Wtedy w twoim miasteczku ciemniały kasztany, Pachniał groszek pachnący na sercu pod paltem. Płakać, jedyna moja, mogę tylko Tobie. Ty zrozumiesz. Rozgrzeszysz spojrzeniem pokornym. I wiosnę zakochanych znajdziesz w skromnym słowie, I ciężką gorycz moją w tym wierszu wieczornym.

<< wroc